niedziela, 5 maja 2013

Rozdział 10


Rano obudziłam się wtulona w piłkarza Borussi.
-Hej kotku, jak się spało?- zapytał Mo bawiąc się moimi włosami.
-Mhm, wyśmienicie.-uśmiechnęłam się i pocałowałam go.
-Takie powitanie rano to ja mogę mieć codziennie.
-Heh, chciałbyś.-wstałam z łóżka,  ale ten przyciągnął mnie do siebie.
-Nie ma mowy, zostajesz jeszcze.- zaśmiał się.
-Nie nie nie! -zaśmiałam się i wybiegłam z sypialni. Założyłam jego koszulkę i udałam się w kierunku kuchni. Zaczęłam robić śniadanie. 15 minut później na dół zwlókł się Moritz.
-Mhm, ale tu ładnie pachnie!
-Cieszę się.  Siadaj-wskazałam ręką stół na którym stały naleśniki, tosty, Nutella, owoce.
-jejku. Jakie to pyszne! -emocjonował się Leitner.
-Jedz, jedz, bo ja muszę jeszcze do domu wrócić.
-Nie możesz zostać u mnie? -błagał chłopak.
-Nie mogę.
Po zjedzonym śniadaniu poszłam się ubrać. 10 minut później byliśmy już w drodze do mojego i Mai mieszkania.
W salonie zastał nas niecodzienny, szokujący widok. Marco Reus sprzątał.
Tak, niemiecka blondynka latał z odkurzaczem po całym domu. Moja siostra miała z niego niezłą bekę.
-jejku, co się stało? -zapytałam poprzez śmiech
-No nie wierzę. Marcuś sprząta! Na fejsa to! -Moritz turlał się ze śmiechu po dywanie.
-No więc Marco bardzo wziął sobie do serca słowa że nie mogę się męczyć.
-Jejku, jaki on kochany!- rozczuliłam się.
-A ja nie?- Mo zrobił minę szczeniaczka.
-Nie!
-Ohh why?- jęczał.
-Bo ty mi nie sprzątasz w domu!
Moritz zerwał się z podłogi i pobiegł za Reusem wrzeszcząc:
-Ja też chcę!
-No patrz. Chyba to nagram.- zaśmiałam się. Poszłyśmy do kuchni w celu  wypicia herbaty.
Gdy piłkarze wysprzątali już cały dom, wbiegli do kuchni.
-i co? Teraz już jestem kochany?- zapytał Moritz obejmując mnie od tyłu.
-No już bardziej- pocałowałam go w policzek.
-Nawet poukładałem ci kosmetyki w łazience!- wyprężył się dumnie.
-CO?!- wrzasnęłam i pobiegłam zobaczyć co on narobił. -Ty pacanie! Ja je miałam pogrupowane!
-Przepraszam kochanie!
-idź precz!- odepchnęłam go i próbowałam poustawiać tak jak było. 10 minut później wróciłam do reszty towarzystwa.
-Nadal jesteś zła? -zapytał Mo.
-Tak! Foch forever!- wrzasnęłam próbując się nie zaśmiać
-O nie! Moje życie nie ma sensu! Miłość mego życia się na mnie fochnęła! Idę się pociąć!- darł się w niebogłosy, aktorząc.- Wybacz mi me lady! -wył.
-Zaśpiewaj jej pieśń miłosną- podpowiedział Marco. Moritz się zerwał po gitarę którą sentymentalnie trzymałam w pokoju. Błyskawicznie ją nastroił. Zdziwiliśmy się. Klęknął przede mną i zaczął.
-Because you’re amazing, just the way you are!- zaśpiewał całą piosenkę Bruno Marsa  Myślałam że będzie to katastrofa, ale zaśpiewał naprawdę pięknie. Po takim czymś nie miałam serca się na niego gniewać.
-Łaskawie ci wybaczam.- westchnęłam teatralnie. Mo uszczęśliwiony porwał mnie w ramiona i zaczął się kręcić. Wpadliśmy na kanapę. Moritz wylądował na mnie. Zaczęliśmy się śmiać. Oczywiście Marco nie byłby sobą gdyby nie palnął jakieś głupoty.
-A może zaczekacie aż dotrzecie do sypialni?- powiedział z poważną miną.
-Idź ty zboczeńcu! -krzyknęłam rzucając w niego poduszką. Trafiłam w głowę.
-Fuck yeah, headshot!- zaczęłam skakać z radości. Marco wstał. Ojoj, zaczyna się robić niebezpiecznie. Zaczął mnie gonić.
-Aaaaaa, help me!
-Ty, zostaw moją dziewczynę!- Leitner złapał Reusa
-Chcesz się bić?
-Dawaj na ring, zaraz cię zniszczę!
 Zaczęli machać rękoma na oślep. „Po damsku”
Po chwili Marco się poddał.
-We are the champions, my friiieend!- zawył Mortiz.
-Chcesz żeby szyby nam pękły?- wybuchłyśmy z Mają śmiechem.
-Właśnie, Nic. Pójdziesz ze mną jutro do lekarza? -zapytała mnie Maja.
-A dlaczego nie ja?- oburzył się Marco.
-Bo ty blondynko masz trening! A poza tym mnie kocha bardziej! Na takich głupich kłótniach upłynął nam cały dzień. Około 17 włączyliśmy telewizor. Marco skakał po kanałach. Natrafił na Teletubisie.
-Moo!
-Co się drzesz pacanie?
-TELETUBISIE!- Moritz w trybie iście sprinterskim wylądował na kanapie. Wraz z Reusem zaczęli śpiewać i tańczyć
-Tinkie-winkie, Dipsy, Lala, Po! Gdy program się skończył, zaczęli wołać:
-TELETUBISIE MÓWIĄ PAPA!
-Boże, z kim ja żyję na tym świecie! -załamałam się
*
Następnego dnia, po wizycie u lekarza Maja poszła na stadion. Powiedziałam że dołączę do niej gdy tylko załatwię parę spraw.
Zapłaciłam parę rachunków, i takie tam. Skierowałam się w stronę Signal Iduny. Spostrzegłam że ktoś za mną idzie. Nie przejęłam się tym zbytnio, byłam już blisko wejścia na stadion. Odwróciłam się.
-Mitchell? Czego jeszcze do cholery ode mnie chcesz?
-Chciałem Cię przeprosić. Nadal Cię kocham. Moje zachowanie było skandaliczne, ale zostały mi tylko 3 miesiące.
-Ale o co chodzi?- niezbyt rozumiałam cel tej rozmowy.
-Nic, ja mam raka. Nieoperacyjnego.
-Od jak dawna to wiesz?
-Od zakończenia liceum.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś?!- byłam wściekła na młodego Niemca. Mimo iż nie byliśmy już razem, Mitchell zawsze zajmował jakąś część mojego serca. Był moją pierwszą wielką miłością.
-Przepraszam. Nie chciałem cię martwić, i tak już miałaś jedną wielką tragedię.- z moich oczu zaczęły płynąć łzy.
-Mitch, wiedz, że na pewno będę cię wspierać. Nadal jesteś dla mnie kimś ważnym. A teraz przepraszam, muszę  już iść.- przytuliłam go na pożegnanie i ucałowałam w policzek.
-Nicole, dziękuję.
-Za co?
-Za to że jesteś, i chcesz mnie wspierać w takich trudnych chwilach.

Nie odpowiedziałam, tylko wbiegam na stadion. Łzy leciały coraz bardziej. Usiadłam na trybunach i próbowałam się uspokoić. Trening zakończył się pół godziny później. Zeszłam na murawę przywitać się z zespołem.
-Hej, siostrzyczko, co się stało?
-Mitch, a zresztą… nie ważne.
-Ważne! Ktoś cię skrzywdził?- zapytał Moritz obejmując mnie w talii.
-Tak! Życie!
-Powiesz wreszcie o co chodzi? - dopytywała się Majka.
-Tak! Mitchell ma raka! I 3 miesiące życia!
-O mój boże, Nicole…-Maja natychmiast znalazła się przy mnie i mnie przytuliła. Tylko ona wiedziała ile Lange dla mnie znaczył.
-Ale, przecież wy…-zaczął Reus, ale brutalnie mu przerwałam.
-Mimo iż mnie skrzywdził, myślisz że tak łatwo jest wymazać z pamięci wspólne 4 lata?
-Przepraszam, nie chciałem.
-Nie ważne. A ty Majeczko już się pochwaliłaś?
-Jeszcze nie- uśmiechnęła się.-to co teraz?
-Tak! -krzyknęłam radośnie. Chłopacy popatrzyli się na mnie jak na idiotkę.
-To będzie chłopczyk- zawołała szczęśliwa i padła Reusowi w ramiona.
Cała drużyna się ucieszyła w zaczęli gratulować Marco i Mai. Nie tłumaczyliśmy im tego, lepiej niech nie wiedzą.
-Osz chłopie, to żeś się uziemił…-westchnął Santana. Marco nic nie powiedział, tylko spojrzał na niego wściekłym spojrzeniem.
-To co? Trzeba uczcić synka!- zawołał Mitchell.- Zapraszam jutro do mnie na imprezę. Hannah  nie ma nic przeciwko.
-No to jesteśmy umówieni.-zawołał szczęśliwy Mats, który uwielbia imprezy.


4 komentarze:

  1. Świetny rozdział. Czekam na następny. Zapraszam do siebie. Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. hahahahahahaha xD świetny rozdział ;3 a ta akcja z Teletubisiami rozwala najbardziej ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. TELETUBISIE! <3
    Kocham to *-*

    OdpowiedzUsuń
  4. Mwhahahah <3
    Cudowny rozdział! Kocham to <3
    Teletubisie miażdżą system :D
    Czekam na nexta!
    Zapraszam do mnie http://bvbstory.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń