Rano obudziłam się wtulona
w piłkarza Borussi.
-Hej kotku, jak się spało?-
zapytał Mo bawiąc się moimi włosami.
-Mhm,
wyśmienicie.-uśmiechnęłam się i pocałowałam go.
-Takie powitanie rano to ja
mogę mieć codziennie.
-Heh, chciałbyś.-wstałam z
łóżka, ale ten przyciągnął mnie do
siebie.
-Nie ma mowy, zostajesz
jeszcze.- zaśmiał się.
-Nie nie nie! -zaśmiałam
się i wybiegłam z sypialni. Założyłam jego koszulkę i udałam się w kierunku
kuchni. Zaczęłam robić śniadanie. 15 minut później na dół zwlókł się Moritz.
-Mhm, ale tu ładnie
pachnie!
-Cieszę się. Siadaj-wskazałam ręką stół na którym stały
naleśniki, tosty, Nutella, owoce.
-jejku. Jakie to pyszne!
-emocjonował się Leitner.
-Jedz, jedz, bo ja muszę
jeszcze do domu wrócić.
-Nie możesz zostać u mnie?
-błagał chłopak.
-Nie mogę.
Po zjedzonym śniadaniu
poszłam się ubrać. 10 minut później byliśmy już w drodze do mojego i Mai
mieszkania.
W salonie zastał nas
niecodzienny, szokujący widok. Marco Reus sprzątał.
Tak, niemiecka blondynka
latał z odkurzaczem po całym domu. Moja siostra miała z niego niezłą bekę.
-jejku, co się stało?
-zapytałam poprzez śmiech
-No nie wierzę. Marcuś
sprząta! Na fejsa to! -Moritz turlał się ze śmiechu po dywanie.
-No więc Marco bardzo wziął
sobie do serca słowa że nie mogę się męczyć.
-Jejku, jaki on kochany!-
rozczuliłam się.
-A ja nie?- Mo zrobił minę
szczeniaczka.
-Nie!
-Ohh why?- jęczał.
-Bo ty mi nie sprzątasz w
domu!
Moritz zerwał się z podłogi
i pobiegł za Reusem wrzeszcząc:
-Ja też chcę!
-No patrz. Chyba to
nagram.- zaśmiałam się. Poszłyśmy do kuchni w celu wypicia herbaty.
Gdy piłkarze wysprzątali
już cały dom, wbiegli do kuchni.
-i co? Teraz już jestem
kochany?- zapytał Moritz obejmując mnie od tyłu.
-No już bardziej-
pocałowałam go w policzek.
-Nawet poukładałem ci
kosmetyki w łazience!- wyprężył się dumnie.
-CO?!- wrzasnęłam i
pobiegłam zobaczyć co on narobił. -Ty pacanie! Ja je miałam pogrupowane!
-Przepraszam kochanie!
-idź precz!- odepchnęłam go
i próbowałam poustawiać tak jak było. 10 minut później wróciłam do reszty
towarzystwa.
-Nadal jesteś zła? -zapytał
Mo.
-Tak! Foch forever!-
wrzasnęłam próbując się nie zaśmiać
-O nie! Moje życie nie ma
sensu! Miłość mego życia się na mnie fochnęła! Idę się pociąć!- darł się w
niebogłosy, aktorząc.- Wybacz mi me lady! -wył.
-Zaśpiewaj jej pieśń
miłosną- podpowiedział Marco. Moritz się zerwał po gitarę którą sentymentalnie
trzymałam w pokoju. Błyskawicznie ją nastroił. Zdziwiliśmy się. Klęknął przede
mną i zaczął.
-Because you’re amazing, just
the way you are!- zaśpiewał całą piosenkę Bruno Marsa Myślałam że będzie to katastrofa, ale
zaśpiewał naprawdę pięknie. Po takim czymś nie miałam serca się na niego
gniewać.
-Łaskawie ci wybaczam.-
westchnęłam teatralnie. Mo uszczęśliwiony porwał mnie w ramiona i zaczął się
kręcić. Wpadliśmy na kanapę. Moritz wylądował na mnie. Zaczęliśmy się śmiać.
Oczywiście Marco nie byłby sobą gdyby nie palnął jakieś głupoty.
-A może zaczekacie aż
dotrzecie do sypialni?- powiedział z poważną miną.
-Idź ty zboczeńcu!
-krzyknęłam rzucając w niego poduszką. Trafiłam w głowę.
-Fuck yeah, headshot!-
zaczęłam skakać z radości. Marco wstał. Ojoj, zaczyna się robić niebezpiecznie.
Zaczął mnie gonić.
-Aaaaaa, help me!
-Ty, zostaw moją
dziewczynę!- Leitner złapał Reusa
-Chcesz się bić?
-Dawaj na ring, zaraz cię zniszczę!
-Dawaj na ring, zaraz cię zniszczę!
Zaczęli machać rękoma na oślep. „Po damsku”
Po chwili Marco się poddał.
-We are the champions, my friiieend!- zawył Mortiz.
-Chcesz żeby szyby nam
pękły?- wybuchłyśmy z Mają śmiechem.
-Właśnie, Nic. Pójdziesz ze
mną jutro do lekarza? -zapytała mnie Maja.
-A dlaczego nie ja?-
oburzył się Marco.
-Bo ty blondynko masz
trening! A poza tym mnie kocha bardziej! Na takich głupich kłótniach upłynął
nam cały dzień. Około 17 włączyliśmy telewizor. Marco skakał po kanałach.
Natrafił na Teletubisie.
-Moo!
-Co się drzesz pacanie?
-TELETUBISIE!- Moritz w
trybie iście sprinterskim wylądował na kanapie. Wraz z Reusem zaczęli śpiewać i
tańczyć
-Tinkie-winkie, Dipsy,
Lala, Po! Gdy program się skończył, zaczęli wołać:
-TELETUBISIE MÓWIĄ PAPA!
-Boże, z kim ja żyję na tym
świecie! -załamałam się
*
Następnego dnia, po wizycie
u lekarza Maja poszła na stadion. Powiedziałam że dołączę do niej gdy tylko
załatwię parę spraw.
Zapłaciłam parę rachunków,
i takie tam. Skierowałam się w stronę Signal Iduny. Spostrzegłam że ktoś za mną
idzie. Nie przejęłam się tym zbytnio, byłam już blisko wejścia na stadion.
Odwróciłam się.
-Mitchell? Czego jeszcze do
cholery ode mnie chcesz?
-Chciałem Cię przeprosić.
Nadal Cię kocham. Moje zachowanie było skandaliczne, ale zostały mi tylko 3
miesiące.
-Ale o co chodzi?- niezbyt
rozumiałam cel tej rozmowy.
-Nic, ja mam raka.
Nieoperacyjnego.
-Od jak dawna to wiesz?
-Od zakończenia liceum.
-Dlaczego mi nie
powiedziałeś?!- byłam wściekła na młodego Niemca. Mimo iż nie byliśmy już
razem, Mitchell zawsze zajmował jakąś część mojego serca. Był moją pierwszą
wielką miłością.
-Przepraszam. Nie chciałem
cię martwić, i tak już miałaś jedną wielką tragedię.- z moich oczu zaczęły
płynąć łzy.
-Mitch, wiedz, że na pewno
będę cię wspierać. Nadal jesteś dla mnie kimś ważnym. A teraz przepraszam,
muszę już iść.- przytuliłam go na
pożegnanie i ucałowałam w policzek.
-Nicole, dziękuję.
-Za co?
-Za to że jesteś, i chcesz
mnie wspierać w takich trudnych chwilach.
Nie odpowiedziałam, tylko
wbiegam na stadion. Łzy leciały coraz bardziej. Usiadłam na trybunach i
próbowałam się uspokoić. Trening zakończył się pół godziny później. Zeszłam na
murawę przywitać się z zespołem.
-Hej, siostrzyczko, co się
stało?
-Mitch, a zresztą… nie
ważne.
-Ważne! Ktoś cię
skrzywdził?- zapytał Moritz obejmując mnie w talii.
-Tak! Życie!
-Powiesz wreszcie o co
chodzi? - dopytywała się Majka.
-Tak! Mitchell ma raka! I 3
miesiące życia!
-O mój boże, Nicole…-Maja
natychmiast znalazła się przy mnie i mnie przytuliła. Tylko ona wiedziała ile
Lange dla mnie znaczył.
-Ale, przecież wy…-zaczął
Reus, ale brutalnie mu przerwałam.
-Mimo iż mnie skrzywdził,
myślisz że tak łatwo jest wymazać z pamięci wspólne 4 lata?
-Przepraszam, nie chciałem.
-Nie ważne. A ty Majeczko
już się pochwaliłaś?
-Jeszcze nie- uśmiechnęła
się.-to co teraz?
-Tak! -krzyknęłam radośnie.
Chłopacy popatrzyli się na mnie jak na idiotkę.
-To będzie chłopczyk-
zawołała szczęśliwa i padła Reusowi w ramiona.
Cała drużyna się ucieszyła
w zaczęli gratulować Marco i Mai. Nie tłumaczyliśmy im tego, lepiej niech nie
wiedzą.
-Osz chłopie, to żeś się
uziemił…-westchnął Santana. Marco nic nie powiedział, tylko spojrzał na niego
wściekłym spojrzeniem.
-To co? Trzeba uczcić
synka!- zawołał Mitchell.- Zapraszam jutro do mnie na imprezę. Hannah nie ma nic przeciwko.
-No to jesteśmy
umówieni.-zawołał szczęśliwy Mats, który uwielbia imprezy.
Świetny rozdział. Czekam na następny. Zapraszam do siebie. Pozdrawiam ;*
OdpowiedzUsuńhahahahahahaha xD świetny rozdział ;3 a ta akcja z Teletubisiami rozwala najbardziej ;)
OdpowiedzUsuńTELETUBISIE! <3
OdpowiedzUsuńKocham to *-*
Mwhahahah <3
OdpowiedzUsuńCudowny rozdział! Kocham to <3
Teletubisie miażdżą system :D
Czekam na nexta!
Zapraszam do mnie http://bvbstory.blogspot.com/