Następnego dnia umówiłam
się z Mitchellem. Obiecałam mu, że będę go wspierać w tych trudnych chwilach.
Moritz był przeciwny temu,
ale jestem uparta. Wstałam o 10. Mai już nie było. Pewnie poszła na trening.
Ona i Marco byli nierozłączni.
Ubrałam się i szybko
zjadłam śniadanie, bo u Mitcha miałam być o 11.
Na miejscu byłam pięć minut przed czasem. Zapukałam.
-Hej Nic. Wejdź. Pięknie
wyglądasz.- przywitał się Mitchell.
-Cześć- pocałowałam go w
policzek.- Dzięki.
Oglądaliśmy głupawe
komedie i wspominaliśmy najzabawniejsze sytuacje. Kiedyś Mitchell przyjaźnił się z Kevinem
zanim ten drugi zmienił się na gorsze.
-A pamiętasz jak Kevina
napadła ta starsza pani w samolocie?
-Takk! Pamiętam- wręcz
płakałam ze śmiechu.- Dlatego że na nią upadł!
-Wam mężczyznom to tylko
jedno w głowie- udawał staruszkę Mitchell.
-Hahahahha. To było mega.
Albo jak Maja pomyliła pokoje... pamiętasz?
-Takk... tamten gościu był
szczęśliwy.- uśmiechnął się. Nie wyglądał na człowieka który miał za niedługo
umrzeć.
-No weź. Głupi jesteś!-
walnęłam go poduszką w głowę.
-Tak chcesz się bawić?
-zapytał się i zaczął mnie łaskotać.
-Nieee!- krzyczałam, bo
miałam straszne łaskotki, a Mitch o tym wiedział i to perfidnie wykorzystał. Po
chwili przestał. Wykorzystałam sytuację i zrzuciłam go z kanapy.
-Osz ty!
-No co monachijska żmijo?-
zagrałam na nosie i wbiegłam na drugie piętro. Zamknęłam się w łazience, ale
nie na klucz. Trzymałam drzwi całym ciałem. po chwili zrobiło mi sie strasznie
gorąco. Chciałam podejść do okna, ale zakręciło mi sie w głowie. Przed oczami
miałam jasne plamy. Upadłam na podłogę i straciłam przytomność.
-Nicole... Nicole!- Mitch
przez dobijał się do drzwi, ale chwilę później
odpuścił i wszedł do łazienki. Zszokowany zadzwonił po pogotowie
*
Obudziłam się w jasnej
sali. Koło mnie siedziała Maja a Mitchell nerwowo chodził po całej sali.
-Co... ja?- zapytałam
zachrypniętym głosem.
-nie wiemy na razie.
zemdlałaś gdy byłaś u Mitchella.-wyjaśniła mi Maja.
-aha. kiedy będzie wiadomo
co się stało?
-Lekarz ma być za 10 minut.- wtrącił Mitch.
-Moritz?- zapytałam, gdy
ujrzałam twarz piłkarza w drzwiach sali.- Co ty tu robisz?
-Jestem z Tobą kochanie.
-Ale masz trening...
-Ty jesteś ważniejsza. -
po chwili zwrócił się do Mitchella- Co jej do cholery zrobiłeś?!
-Nic- westchnął Mitch.
-Jak to nic?! Przyznaj
się.
-Czy ty jesteś tak tępy że
nie rozumiesz? A może przeliterować?- zakpił Mitchell zdenerwowany zachowaniem Moritza
-Nie bądź taki do przodu-
zdenerwował się Leitner, złapał go za koszulkę i przycisnął do ściany.
-Mo! Zostaw go!- na moja
słowa piłkarz zostawił Mitchella.
-Ja lepiej wyjdę.-
stwierdził Mitch i opuścił salę.
-Moritz! Ponosi już cię!
-On na ciebie źle działa!
Wiedziałem że to zły pomysł!
-Dlaczego? Nie możesz
pogodzić się z tym ze nadal jest on dla mnie ważny?
Moritz spuścił głowę i
powiedział cicho:
-Nie.
*
Chwilę później przyszedł
lekarz.
-Witam pani Nicole, jak
sie pani czuje?
-Dobrze. Co mi jest?
-Ma pani lekką anemię,
musi pani dużo się wysypiać, jeść dużo warzyw.
-No dobrze... A kiedy mogę
wyjść?
-Właściwie przyszedłem
żeby dać pani również wypis. Proszę- wręczył mi kartkę.
Mortiz i Maja wyszli z
sali.
-Mogę już?- usłyszałam
znajomy głos.
-Jasne Mitch, wejdź.
-Co ci jest?
-Mam anemię.- westchnęłam.
-Aaa...
-Chciałam przeprosić cię
za Moritza.
-Nie ma za co. Nie dziwię
mu się. Też na jego miejscu byłbym zazdrosny, gdyby moja dziewczyna spędzała
tyle czasu ze swoim ex.
-Mitchell. Obiecałam cię
zawsze wspierać, niezależnie od tego co się bedzie działo.
-Długo jeszcze?-
usłyszałam zza drzwi głos Mai.
-Nie- odkrzyknęłam.
-Do zobaczenia- rzekł
Mitchell, a ja utonęłam w jego niedźwiedzim uścisku.
-Trzymaj się.- pożegnałam
się i opuściłam salę.
*
Pojechaliśmy z powrotem na
trening. Chyba cała Borussia już wiedziała o tym że byłam w szpitalu.
-Heej Nic!- przywitał się
jak zawsze radosny Langerak- Jak się czujesz?
-Cześć Mitchuś! Dobrze się
czuję. Nic mi właściwie nie jest.
-Właściwie?- zapytał
podejrzliwie
-Taaakk... mam lekką
anemię...
-No już nicponie, do
ćwiczeń!- zawołał Jurgen. Przywitał się z nami, po czym poszedł kontynuować
trening, a my usiadłyśmy na miejscu rezerwowych.
*
-Co tam u ciebie i Marco?-
zapytałam Maję gdy już usiadłyśmy.
-Wszystko w porządku, ale
zaczyna mnie już trochę denerwować jego zachowanie.
-Dlaczego?
-cały czas mnie we
wszystkim wyręcza, nic nie pozwala mi robić, tylko odpoczywać.- widać było że
Maja jest trochę zirytowana.
-To rzeczywiście trochę
irytujące, ale Marco to skarb.
-Tak, wiem- uśmiechnęła
się.
-I kocha cię nad życie.
Gdyby cię nie kochał nie robiłby tego wszystkiego.
-I znosi fakt, że to nie
jego dziecko, ale kocha je jak własne...- dodała Majka.
Godzinę później trening
dobiegł końca. Czekałyśmy na chłopaków przed wejściem do Iduny.
Usłyszałyśmy Kehla i Marco. Podeszłyśmy bliżej, żeby
dokładniej słyszeć o czym rozmawiają. Sebastian bardzo nie lubił Marco. Uważał
że Marco wygryzł go z pierwszego składu, chociaż to nie była prawda. Cały czas
starał się w jakikolwiek sposób dogryźć Reusowi
-Nonono Marcusiu- zaśmiał
się Sebastian- Wspaniałą dziewczynę sobie znalazłeś.- dodał jadowicie.
-O co ci znowu chodzi?-
Marco był zdziwiony.
-Puściła się z kimś, a
teraz wrabia cię w dzieciaka- prychnął.
-Ty nic nie wiesz, więc
zamknij ryj!- wtrącił Mario.
-Ej, skąd on wie że to nie
jest dziecko Marco? -zapytałam zdziwiona.
-Musiał słyszeć naszą
rozmowę...-westchnęła Maja.
-Jak się ma dziewczynę
dziwkę, to tak jest- zarechotał złośliwie. Słysząc te słowa Maja rozpłakała
się. Przytuliłam ją najmocniej jak umiałam.
-Jak ją nazwałeś?!-
krzyknął Reus.
-Tak jak powinienem.
przeliterować?- nikt nic nie powiedział. -D-Z-I-W-K-A.- tyle wystarczyło Marco
by rzucił się na Kehla.
-przeholowałeś, kurwa!-
krzyknął Marco
Bijących się mężczyzn
rozdzielił trener Klopp.
-Co się tu dzieje?!